W swoim nowym tomie Dycki nie odchodzi od stworzonej przez siebie konwencji, bo i cały czas pisze jeden, niekończący się, wiersz. “Bezzasadność” pewnych powracających fraz tłumaczy, jak to się dzieje, że Tkaczyszyn, cały czas robiąc to samo i w taki sam sposób, uwodzi, niepokoi i ekscytuje. Bezzasadność napomknień – uwodzicielska, olśniewająca – gra pierwsze skrzypce, a my staramy się uchwycić tego, co tak bardzo nie ma znaczenia, że aż staje się konieczne. Wydanie drugie, skorygowane.

• Najbardziej oryginalny z poetów swojego pokolenia – tak pisano o Tkaczyszynie-Dyckim. W jego poezji pojawiają się stałe motywy: historia i genealogia rodziny Dyckich oraz innych rodzin z okolic Przemyśla, gdzie się wychował, śmierć i choroby najbliższych, przede wszystkim matki. Tkaczyszyn-Dycki łączy archaizmy niczym z Biblii Wujka z językiem całkiem potocznym, tworząc wyjątkowe piosenki o śmierci. Ich melodyjność ujawnia się, gdy czyta je sam autor. Frazy z jego wierszy takie jak: “Jesień już Panie a ja nie mam domu” weszły do języka mówionego. Rzeczywiście, poezja Dyckiego jest swoista i rozpoznawalna, ale nowe wiersze mogą być zaskoczeniem. 
  Justyna Sobolewska

• Dla Dyckiego słowa zdają się być bardziej gestami niż określonymi sensami. Stąd swego rodzaju aktorski wymiar jego wierszy. Poeta używa języka tak, jakby coś pokazywał. Słowa wcale nie są przejrzyste – może właśnie to jest ich zaletą? Kłopot z Dyckim wynika często z naszych kłopotów z dosłownością, którą rezerwujemy dla wypowiedzi innego rodzaju. Tymczasem słowo jest u tego poety sprowadzone często do statusu rzeczy – to kolejna zależność wyróżniająca jego tomy poetyckie. I kiedy Dycki prosi o słowa (“daj mi słowa” z wiersza I), to prosi też o możliwość uczestnictwa w świecie. Bo można być uzależnionym od świata i wciąż nie czuć się jego częścią.
  Jacek Gutorow

• Że Dycki pisze od lat właściwie ten sam wiersz, mówiono już dawno. Jedni uznają to za wadę, inni za zaletę. To po prostu konsekwencja tego świata. Forma kołomyjki, jako element stabilizujący rzeczywistość (albo jej pragnienie?), dlaczego by nie? Dycki jest czarownikiem, w każdym sensie. Ostinatowe formy mają to do siebie, że wprowadzają ład. Trzykrotne powtórzenie dysonansowego akordu powoduje, że staje się on konsonansem. Tak samo ma się sprawa z wierszem Dyckiego. Przyznam się bez bicia, w pierwszym momencie pomyślałem po przeczytaniu pierwszych kilku tekstów: “znowu ten sam Dyciu”. Ale po chwili przyszła myśl: ale jaki miałby by być ten inny Dyciu? Bez obsesyjnych powtórzeń, załamań rytmu, bez figury tańca, choroby i kości. Toż to w ogóle nie byłby Dyciu. Ta książka jest konsekwencją wszystkich poprzednich książek. Jest jak “Kunst der Fuge”. Tematy podane w pierwszym tekście, oświetlane na różne sposoby w następnych. Przy niektórych tekstach zobaczycie daty, ale nie dajcie się zwieść Dyciowi, my przecież doskonale już wiemy, że wiersze Dycia dzieją się poza czasem.
  Edward Pasewicz

• Jeśli Tkaczyszyn-Dycki pisze, że “istotą poezji jest nie tyle zasadność / co bezzasadność napomknień i powtórzeń”, to, rzecz jasna, nie mamy powodu mu nie wierzyć. Bo właśnie “bezzasadność” pewnych powracających fraz w jego poezji robi wielkie wrażenie. Tłumaczy też, jak to się dzieje, że Tkaczyszyn, cały czas robiąc to samo i w taki sam sposób, uwodzi, niepokoi i ekscytuje. W Piosence o zależnościach i uzależnieniach, po niezbyt udanych Dziejach rodzin polskich, w których “zasadność” użytych słów odbierała im sporo uroku, znowu bezzasadność napomknień – uwodzicielska, olśniewająca – gra pierwsze skrzypce, a my staramy się uchwycić tego, co tak bardzo nie ma znaczenia, że aż staje się konieczne.
  Anna Kałuża

• W swoim nowym tomie Dycki nie odchodzi od stworzonej przez siebie konwencji, bo i cały czas pisze jeden, niekończący się wiersz. “Nie odchodzi”, ale mimo to, coś jest inaczej. Trzymając się ustalonego w pierwszej linijce tonu (“nie odchodzi”), a równocześnie przyjmując, że poezja Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego jest oparta na mantrycznym “odchodzeniu”, autor Piosenki – miarkując możliwość wykonania ruchu – poddaje “w ruch” słowo, które wydarzyć się nie może, lecz przez samo zaznaczenie jego obecności: zaczyna żyć własnym życiem. Gdzieś tam, mimowolnie odchodzi, jak zmarli z tych wierszy, dla których śmierć jest jedynie (?) garścią drobnych, jakie dostaje się w zamian za kupiony bilet. Dycki waha się, czy kupić za nie gazetę, czy ofiarować je żebrzącemu (sobie?). Wzruszająca książka.
  Tomasz Pułka

One thought on “Piosenka o zależnościach i uzależnieniach – Eugeniusz Tkaczyszyn – Dycki

  1. poezjon

    Rzecz niemożliwa czyli jak w Polsce zarobić fortunę na tomiku poezji (54 strony, 50 krótkich wierszy, niezły przelicznik).
    Nagroda Literacka Gdynia – 50 tysięcy
    Nagroda Literacka Nike – 100 tysięcy
    Plus za sprzedaż książki. I poeta zarobił, co podobno w Polsce zdarza się pisarzom, ale żeby poetom?! Choć Tkaczyszyn swoją biografią przypomina muzyka rockowego a nie poetę.
    I żeby była jasność: nie sugeruję, że napisał Dycki ten tomik dla kasy (pewnie też, ale nie tylko) i że nic on nie jest wart.
    W swoich tekstach wraca Dycki do dzieciństwa, opisuje rodzinę, rodzinne strony, w każdym razie są to teksty autobiograficzne. Pisane różnorodnym językiem: i podniosłym i potocznym, a wszystko to oparte na ciągłych powtórzeniach części fraz i wyrażeń. Nawet taki jak ja, który coraz rzadziej sięga po poezję (co się ze mną porobiło?), przeczyta, zrozumie i jeszcze może nawet pomyśli.
    Czyżby ten tomik to już nie poezja a popkulturowe wydarzenie? Zdecydujcie sami

Leave a Reply